Służba ubogim

Środki na pomoc biednym Pier Giorgio tylko częściowo czerpał z zasobów Konferencji św. Wincentego a Paulo.

Służba ubogim

Środki na pomoc biednym Pier Giorgio tylko częściowo czerpał z zasobów Konferencji św. Wincentego a Paulo.

Dużą ich część zdobywał sam lub dawał z własnej kieszeni, wykazując przy tym wręcz nieograniczoną kreatywność.

Należąc do zamożnej rodziny, w której wszystkie potrzeby dzieci były zaspokajane, Pier Giorgio zwykle miał puste kieszenie. Należało do stylu wychowania w tym domu, że dzieciom nie dawano pieniędzy. Nawet jako dwudziestoparoletni student Pier Giorgio nie miał żadnej stałej „pensji”. Majątku rodziców nie traktował jako swojej własności; mówił nieraz, że jeśliby go kiedyś odziedziczył, to jedynie po to, by rozdać wszystko biednym.

Frassati wszędzie widział potrzebujących. Wśród znajomych był znany m.in. z tego, że często żebrał o pieniądze, odzież i jedzenie – zawsze dla innych, sam nie oczekiwał dla siebie niczego. Pożyczał od kolegów, od podwładnych ojca, a nawet od służby – i wszystko skrupulatnie oddawał, prowadząc bardzo regularne rachunki. Giovanni Gribaudo zaświadczył: „Frassati słynął z tego, że zawsze był bez pieniędzy i wszyscy wiedzieli, że to ich nieposiadanie było następstwem jego palącego miłosierdzia. My, jego przyjaciele, pomagaliśmy mu, kiedy zrozumieliśmy, że wyrzekł się jakiejś wycieczki ze względów finansowych. Nalegaliśmy wtedy, aby jednak pojechał”. Zdarzało się, że wracał do domu bez płaszcza czy marynarki albo w kapciach pożyczonych od kolegi, bo swoje rzeczy oddał biedakowi, którego spotkał po drodze.

Pieniądze liczyły się dla niego tylko o tyle, o ile pozwalały mu pomagać innym. Gdy wyprawiał się na wycieczki, korzystał w pociągu z wagonów III klasy, bo – jak sam mówił – czwartej klasy nie ma. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczał dla ubogich. Z tego samego powodu w schroniskach górskich wynajmował najskromniejszy pokój, w którym woda zamarzała w miednicy, a mimo doskonałego apetytu i zmęczenia po trudnej wspinaczce, zamawiał tanie posiłki.

Chociaż miał do dyspozycji samochód ojca, korzystał z niego tylko wtedy, gdy liczba paczek rozwożonych do biedaków była zbyt wielka.

Jeden ze świadków jego wypraw do ubogich opowiadał: „Ulubionym celem jego wypraw były przytułki w Cottolengo. Przechodził między rzędami łóżek, pocieszając tych nieszczęśliwych ludzi, chętnie z nimi rozmawiał, nazywał ich braćmi i nie zapominał nigdy, bez odrazy i lęku o zarażenie, ucałować każdego z nich jak najlepszego przyjaciela”.

Frassati był zbyt wrażliwym, by nie zauważać potrzeb innych. Nie potrafił korzystać z różnych możliwości, jakie dawały mu pozycja i pochodzenie, wiedząc, że są ludzie żyjący w nędzy. Chciał być równy tym, którym niósł pomoc. Murarzowi z Pollone, który dziwił się, że tak bogaty młodzieniec musi się tyle uczyć, oświadczył: „Ależ ja jestem biedakiem jak wszyscy biedacy”.

Rachunki z czasów pomagania potrzebującym w Berlinie
Rachunki z czasów pomagania potrzebującym w Berlinie

Sam mawiał: „Jezus przychodzi do mnie w Komunii świętej każdego dnia, a ja odwdzięczam Mu się za to w dostępny mi, skromny sposób – odwiedzając Jego biedaków”. Pisał też: „Ja, który otrzymałem od Boga tyle rzeczy, ciągle jestem tak opieszały, tak zły, podczas gdy moi biedacy, nie będąc tak uprzywilejowanymi jak ja, są nieskończenie lepsi ode mnie. A wtedy dochodzimy do tego, że budzi się w naszym sumieniu zamiar kroczenia coraz bardziej drogą Krzyża, jedyną drogą, która nas do zbawienia wiecznego prowadzi”.

Do pomagania potrzebującym niejednokrotnie zachęcał także swoich przyjaciół. Pisał: „Za każdą waszą ofiarę będziecie wynagrodzeni w niebie, bo Jezus Chrystus obiecał, że wszystko, co ubogim uczynimy przez miłość do Niego, On uzna za uczynione Jemu samemu. Nie odmawiajcie tej miłości Jezusowi, Jemu, który w nieskończonej miłości do ludzkości chciał pozostać w sakramencie Eucharystii jako nasz Pocieszyciel i jako Chleb duszy”. Podkreślał wiele razy: „Kto pomaga choremu, wypełnia dzieło wyjątkowe; nie wszyscy mają odwagę narażać się na sytuacje nieprzyjemne, a często także niebezpieczne. Kto opiekuje się chorym, jest szczególnie błogosławiony, bo trudno nam jest obarczać się bólem innych, gdy sami mamy tyle własnych udręk i zmartwień”.

Pytany o to, czy nie ma jakichkolwiek oporów przed pomaganiem, odpowiadał: „Wokół biednych, nieszczęsnych, widzę światło szczególne, światło, jakiego my nie mamy”.

Z kolei zakrystian Giovanni Perfetto wspominał: „Czymś nadzwyczajnym był widok tego młodzieńca, pochylającego się nad tą nędzą z matczyną czułością. Pamiętam, jak podawał jedzenie i ocierał ślinę jakiemuś niewidomemu i głuchoniememu dziecku”.

Frassati miał zawsze wiele ludzkich spraw na głowie, a mimo tego pamiętał o najdrobniejszych szczegółach. Pewna kobieta zwierzała się, że dzięki niemu mogła pozostać dłużej w szpitalu po urodzeniu dziecka, gdyż Frassati osobiście zajął się przewiezieniem jej do domu. Został także ojcem chrzestnym malca i postarał się o ubranko do chrztu. Gdy mąż tej kobiety miał wyjść z więzienia, Pier Giorgio osobiście czekał na niego przed gmachem, a potem zaprowadził do fabryki, w której przyjmowano do pracy ludzi, nie pytając o ich przeszłość.

Jak mówią niektórzy, zwycięstwo miłości polega na odgadywaniu. Pewnego razu szesnastoletni wówczas Frassati przechodząc przez bramę szkoły zauważył, że Ernesto, dozorca, ma smutną minę. Podszedł i zapytał, co się stało. Kilka dni wcześniej zmarł nastoletni syn dozorcy. Pier Giorgio skierował do niego kilka słów pocieszenia, spędził z nim ledwie kilka chwil w milczeniu, ze spuszczoną głową. Rok później, tego samego dnia, zatrzymał się i szepnął niemogącemu wyjść z podziwu dozorcy: „Ernesto, dziś rocznica śmierci pańskiego syna. Będę o nim pamiętał podczas Komunii”.

W przytułku dla sierot
W przytułku dla sierot

Jego siostra, Luciana, po latach wspomina: „Kiedyś mama pokazała mu materiał, który chciała kupić dla niego na ubranko. Dowiedziawszy się jednak o jego cenie, powiedział, żeby kupić nie tak piękny i nieco tańszy, a pozostałą część oddać ubogim. Wszystko, co zdołał zaoszczędzić czy ściągnąć z gościnnych stołów ambasady, rozdzielał między swoich podopiecznych. Chodził od jednej nędznej rudery do drugiej; wracał biegiem do domu, wypijał filiżankę kawy i znów pędził do jakiegoś szpitala, aby wrócić wieczorem – zmęczony, ale zadowolony. Pod koniec każdej wycieczki był całkowicie ogołocony z pieniędzy otrzymywanych od matki: albo zapłacił za kogoś za przejazd pociągiem czy za posiłek, albo za nocleg w hotelu. W rzeczywistości jego pieniądze mogły służyć każdemu, a jego szczodrość osiągnęła swój szczyt wtedy, gdy pojechał ze sporą sumą pieniędzy do Niemiec i po rozdaniu ich na jałmużny i cele dobroczynne wrócił do domu... z jednym lirem”.

Frassati troszczył się nie tylko o potrzeby materialne swoich podopiecznych. Dzielił się z nimi dobrym słowem, wskazywał na Chrystusa jako jedynego Dawcę nadziei, zachęcał do modlitwy. Ks. Giovanni Barberis opowiadał: „Co miesiąc Frassati przyprowadzał do spowiedzi ubogich, którymi się opiekował, a w dzień później do Komunii św. – i wraz z nimi przystępował do sakramentów. Odmawiał na głos, by wszyscy słyszeli, modlitwy przygotowujące i modlitwy dziękczynne. Wzruszający był widok tego młodzieńca, za którym szło zawsze tyle rodzin, 30-40 osób”. Pochylał się nie tylko nad biedą materialną, dostrzegał także nędzę duchową. Ksiądz Gian Maria Bertini zeznał: „Pewnego wieczoru, gdy przechodziliśmy obok kilku kobiet lekkiego prowadzenia, powiedział mi, że tak bardzo pragnąłby zaopiekować się kiedyś tymi biednymi stworzeniami i dać im możliwość uczciwego zarabiania na życie”.

Czytaj dalej

Pozostałe rozdziały:
Rodzina | Dzieciństwo | Początki edukacji | Zwyczajny niezwyczajny chłopak | Zaangażowanie społeczne i polityczne | Czas studiów | Świeckość i służba | Nie tylko Turyn | Świecki dominikanin | Małe i wielkie miłości | Prawdziwy przyjaciel | Służba ubogim | Czerpał ze Źródła | Ostatnie miesiące

Życiorys | Kult | Modlitwy | Multimedia | Peregrynacja | Kontakt z nami